blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-11-25

Lijiang 丽江

Dziś w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata zmierzamy się z miejscowymi obiektami na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.
 Gdybym miała pisać o wszystkich wspaniałościach z Listy, znajdujących się w Chinach, byłby to dłuuugi wpis. Ba, nawet ograniczając się tylko do mojego ukochanego Yunnanu, mamy ładnych parę. Całe szczęście o części już pisałam - bo w nich byłam i je kocham. Tak jest ze wspaniałym Kamiennym Lasem i nie mniej cudownym zjawiskiem krasowym całego regionu. Brak u mnie za to wpisów o tarasach ryżowych, łupkach Maotianshan czy wspaniałych krajobrazach Nujiangu - bo niestety jeszcze ich nie odwiedziłam. No i jest jedno miejsce, które odwiedziłam, które znajduje się na Liście i o którym jeszcze nigdy nie pisałam. Głównie dlatego, że nie wiedziałam, jak ubrać w słowa moje odczucia.
Lijiang (dosłownie: Piękna Rzeka) to miasto, które powstało ponad tysiąc lat temu. Kiedyś był ważnym punktem na trasie Szlaku Końsko-Herbacianego (krótki opis tego szlaku dałam Wam kiedyś tutaj); amatorzy ciekawej architektury lubią go za piękne ulice, otoczone żywą wodą wraz z systemem studni; w starym mieście Dayan (bo tak naprawdę zwie się tzw. stare miasto Lijiang) co większe ulice są bowiem od budynków oddzielone wąziutkimi kanałami z przepięknymi mostkami. 




Ale to nie wszystko! Jest przecież jeszcze cała otoczka kulturalna! Przecież to miasto ludu Naxi z niewielką tylko domieszką etnicznych Chińczyków Han, którzy wprawdzie osiedlają się tutaj przynajmniej od czasów dynastii Ming, ale którzy niewiele tylko wpłynęli na kulturę Naxi. Bodaj najważniejszą rzeczą, którą tubylcy podpatrzyli u Chińczyków i doprowadzili do perfekcji, było budowanie drewniano-glinianych domów w stylu charakterystycznym dla południowych Chin (głównie Nankinu i okolic). Upiększyli je rzeźbionymi w ptaki i kwiaty oknami. Co ciekawe, nawet biedota wolała zawsze zainwestować w piękne okna niż kupić nowe łóżko. Tak więc całe stare miasto było piękne tymi płaskorzeźbami, bez względu na status materialny posiadaczy.
Nie tylko stara chińska architektura przetrwała dzięki ludowi Naxi. Kupcy osiedlający się w dawnym Lijiangu przywieźli z sobą również klasyczną chińską muzykę. I kiedy w całych wielkich Chinach koncerty takiej muzyki od dawna są już tylko wspomnieniem, w Lijiangu i okolicach jest ona nadal grywana. 

Nie oznacza to bynajmniej, że wyparła kulturę rodzimą! Naxi nadal posługują się własnym językiem i pismem, mają swoje stroje, swoje tradycje, swoją religię, swoją muzykę, i swoje tańce. Najbardziej znane są te tańczone w kółeczku, jak za dawnych czasów przy ogniskach. 

Po dziś dzień codziennie wieczorem w Lijiangu młodzi i starzy tańczą do folkowych hitów - niestety, raczej nie do żywej muzyki. Żeby usłyszeć i zobaczyć, jak się w regionie bawią przy żywej muzyce, trzeba pojechać na prawdziwe wiejskie wesele. Niekoniecznie ludu Naxi - takie tańce są popularne w całym regionie, czyli u Naxi, Tybetańczyków, Yi, Lisu, Bai itd. Zresztą - dawnymi czasy w Lijiangu mieszkało sporo umiejących w handel reprezentantów okolicznych grup etnicznych - po prostu po to, by w tym mocno nastawionym na sprzedaż miejscu móc zarabiać kokosy. Niestety, ludzie ci właściwie z Lijiangu zniknęli. Tak samo zresztą, jak sami Naxi (przypominam, to było ich miasto!). Ale o tym za chwilę.
Lijiang znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO w grudniu 1997 roku. Od tego czasu władze inwestują w ochronę i rozwój starego miasta...
Nie, nie przejdzie mi to przez gardło, ani przez klawiaturę. 
Zacznę jeszcze raz. Na początku lat '90 XX wieku Chińczycy zaczęli się starać o wpisanie starego miasta Lijiangu - czyli miasteczka Dayan 大研 - na listę UNESCO. Było się o co starać, bo Dayan było faktycznie pięćdziesięciotysięcznym starym miasteczkiem zamieszkanym przez Naxi i innych nie-Hanów. Miasteczko było samowystarczalne - okoliczne pola zapewniały wszystkim mieszkańcom wyżywienie, w mieście było sporo studni z krystalicznie czystą wodą, a całe "unowocześnienie" sprowadzało się do poprowadzenia kabli elektrycznych na zewnątrz budynków. Zaledwie kilka budynków było utrzymanych w chińskim stylu - wiecie: drewniane ściany na kamiennej podmurówce i charakterystyczne chińskie dachy. 

W obrębie starego miasta nie było sklepów z pamiątkami ani nawet hoteli. Obcy mieszkali w blokach, które jak grzyby po deszczu wyrastały poza obrębem starego miasta. Nowe życie z pracą od-do i mieszkaniami z telewizorami było właśnie w tych blokach. Tymczasem w starym mieście wszystko było jak dawniej - miasteczko budziło się powoli, na kamienne ulice trafiały stragany i handlarze z koromysłami, staruszkowie wygrzewali się w ostrym yunnańskim słońcu, a kobiety myły warzywa i prały w specjalnie do tego używanych studniach i źródłach. 

Mieszkańcy - głównie Naxi - ubierali się w swoje piękne stroje na co dzień. 






Bo niby w co innego mieliby się ubierać? Choć do szkół wprowadzono mandaryński, tubylcy nadal posługiwali się mową Naxi i pismem Dongba:

Miasto żyło za dnia, a wieczorami życie szybko cichło za zamkniętymi okiennicami. Nocne życie? W takich miasteczkach na końcu świata, bez lotniska, autostrady czy nawet zwykłej, porządnej drogi, nie było nocnego życia. Była zwykła małomiasteczkowa senność. Bo odkąd konno-herbaciane karawany przestały napędzać ludzi, mało kto zadawał sobie trud, by tu przyjechać. Między innymi dlatego miastu udało się zatrzymać w czasie.
Zanim specom z UNESCO udało się przybyć do Lijiangu, uległ on zniszczeniu. W lutym 1996 roku nadeszło silne trzęsienie ziemi, które zniszczyło budynki, studnie i okoliczne wsie, a także uśmierciło wielu ludzi w Lijiangu i otaczających go wioskach.
Gdy komisja UNESCO przyjechała, ujrzała dziwaczny krajobraz - obok całkowicie zdemolowanych ulic były nietknięte, piękne budynki mieszkalne. Spod drzazg i gliny wyłaniały się wybrukowane wielkimi kamieniami ulice. Komisja nie czekała, aż Chińczycy odbudują Lijiang - niezwłocznie wpisano go na listę. W końcu to jedyne miejsce z tak pięknie pulsującą życiem kulturą Naxi mogło zniknąć z powierzchni ziemi! Odbudujmy, ochrońmy!
Zaczęto odbudowę "w stylu". Oczywiście - już nie biedne budyneczki przeciętnych mieszkańców, a śliczne, drewniane acz z kamiennymi fundamentami. Początkowo nie bardzo pasowały do ubogiego Dayan, ale yunnańskie ostre słońce i gwałtowne deszcze szybko upodobniły nowe budynki do starych - choć większego rozmachu nie dało się zatuszować. W miejsce prostych kamiennych płyt i desek służących za mostki, zbudowano piękne mostki w chińskim stylu. Stragany z mięsem i warzywami psuły wygląd ryneczku, więc zakazano wystawiania podstawowych produktów spożywczych w obrębie starego miasta i na zakupy trzeba chodzić do nowego, betonowego Lijiangu. I właśnie w ten sposób Lijiangu nie odbudowano - przynajmniej nie w sensie odbudowy z zachowaniem autentyczności. Zmieniono miasteczko nie do poznania - w bogate, piękne, nie znające ubogich domostw i nieozdobnych budynków. Żeby jeszcze dobić resztki autentyczności, wyburzono ocalałe z trzęsienia ziemi (!) budynki, by wybudować pałac rodziny Mu. To znaczy - twierdzili, że odbudowują rezydencję dawnych włodarzy, ale - założę się o wszystko - tak naprawdę zbudowali coś kompletnie innego zupełnie bezpodstawnie. To samo zresztą dotyczyło budynków zniszczonych w katastrofie. Ich właścicieli nie było stać na rekonstrukcję pełną gębą. Wówczas pojawili się w Dayan biznesmeni, którzy powiedzieli, że chętnie ugadają się z właścicielami - owszem, odbudują domostwa. Ba, zrobią je większymi, piękniejszymi, lepiej urządzonymi... i nadającymi się do nocowania turystów, urządzenia knajp albo sklepów z pamiątkami. Zyski podzielimy w mniej lub bardziej sprawiedliwy sposób, co Wy na to?
W ciągu zaledwie roku miasto odbudowano - ale już nie jako miasto, w którym żyją Naxi. Łaskawe władze podarowały dawnym mieszkańcom za bezcen piękne mieszkania w nowym Lijiangu. A w starym Lijiangu stwierdzono, że teraz te budynki ocalałe z trzęsienia ziemi wyglądają jak ubodzy krewni nowo "odbudowanych". Starzy mieszkańcy początkowo protestowali, ale w ciągu zaledwie paru lat właściwie wszyscy przenieśli się do nowego Lijiangu, stary Dayan zostawiając w rękach inwestorów z dalekich stron i rzesz turystów. Stare budynki wymieniono na nowe.
Potem powstał symbol nowoodbudowanego starego Lijiangu - młyn wodny. Nie muszę chyba dodawać, że w starym Dayan nigdy czegoś takiego nie było. Teraz stoi dumnie obok kamiennej tablicy obwieszczającej, że oto widzimy coś z listy UNESCO. 


Pojawiły się też czerwone latarnie. Bo to takie "chińskie".  



Jedyni Naxi w mieście to staruszki wynajęte do sprzedawania "tradycyjnych" wyrobów Naxi prosto z Kantonu oraz opłacani przez miasto wodzireje przodujący w tradycyjnych tańcach w kółeczku odbywających się codziennie na rynku starego miasta. No i kelnerki/sprzątaczki w knajpach i pensjonatach ulokowanych w "tradycyjnych domostwach Naxi".
Kiedy pojechałam do Lijiangu, miałam już w głowie wyobrażenie na temat kultury Naxi, tęskniłam za widokiem tradycyjnego yunnańskiego miasteczka. Zwłaszcza takiego zasługującego na pojawienie się na liście UNESCO. I właśnie dlatego Lijiang mnie tak bardzo rozczarował. Nie było tu słychać języka Naxi. Nie było tu knajp z tradycyjnym jedzeniem - a tylko z ogólnochińskimi hitami oraz, ku mojemu zdumieniu, kuchnią Zachodnią. Tak, tak! Wielu właścicieli tutejszych pensjonatów, barów i restauracji to albo Chińczycy z Północnego Wschodu, szczerze przez miejscową ludność znienawidzeni, albo ludzie Zachodu. Zachwycił ich Lijiang i tu już zostali. Niestety, zachwyciła ich wersja pop tego miasta, nie oryginalna kultura, a już na pewno nie oryginalna architektura - bo tej już w Lijiangu nie uświadczysz. Obecnie w Lijiangu każdy czuje się jak u siebie - Chińczyk, bo "stare" miasto zostało zbudowane od nowa w całości na wzór i podobieństwo południowochińskie, a człowiek Zachodu, bo właśnie tak wyobraża sobie "chińskość". 
Chodzisz więc w Lijiangu po pięknie wybrukowanych i ozdobionych ulicach, kupujesz artefakty z pismem dongba, jesz ryż z kurczakiem pięć smaków, a wieczorami tańczysz z wodzirejami na rynku, który już nie jest rynkiem, w świetle czerwonych latarni. Przeciętnemu turyście to przecież wystarczy, prawda? A że ten "stary Lijiang" z prawdziwym starym Lijiangiem nie ma właściwie nic wspólnego? A kogo to obchodzi?...
U mnie tyle na dziś. Za to poniżej tradycyjnie linki do wpisów innych blogerów biorących udział w akcji:
Austria: Viennese breakfast - Austria na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO
Francja: Demain,viens avec tes parents - UNESCO
Gruzja: Gruzja okiem nieobiektywnym - Dziedzictwo narodowe, Dziedzictwo Światowe
Hiszpania: Hiszpański dla Polaków - Katedra w Salamance i jej nietuzinkowi mieszkańcy
Irlandia: W Krainie Deszczowców - Irlandzkie obiekty na liście Unesco
Japonia: japonia-info.pl - Kuchnia japońska dziedzictwem światowym
Kirgistan: Kirgiski.pl - Obiekty UNESCO w Kirgistanie
Niemcy: Niemiecki po ludzku - Obiekty na liście UNESCO - ślady rzymskiej kultury w Trier
Szwajcaria: Szwajcarskie Blabliblu - Obiekty wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego i Naturalnego UNESCO w Szwajcarii
Szwecja: Szwecjoblog - Tu byłam, czyli 3 obiekty z listy UNESCO w Szwecji
Turcja: Turcja okiem nieobiektywnym - Obiekty z listy UNESCO - zwiedzamy Efez
Wielka Brytania: Blog edukacyjny o angielskim po polsku - W tajemniczym kręgu Stonehenge; English Freak - W 80 blogów , czyli Tower of London jako jeden z obiektów UNESCO w Wielkiej Brytanii; Daj Słowo - Wybrzeże Jurajskie na południu Wielkiej Brytanii
Włochy: Studia, parla, ama - W 80 blogów, czyli obiekty UNESCO we Włoszech: ciekawostki; Po Prostu Włoski - Ciekawostki o Wenecji i jej lagunie
Różne kraje: Enesaj.pl - Turkijskie obiekty UNESCO

PS. Więcej do poczytania o Lijiangu, Yunnanie i paru innych miejscach w Azji u Jima Goodmana. Kocham tego faceta. Wie na temat tych miejsc więcej niż większość tubylców, o turystach nie wspominając.
PS. 2. Jeśli podoba się Wam nasza akcja i chcielibyście dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-11-23

Szmaragdowozielone Jezioro - jesień

Przez całą wczesną jesień wychodziłam na spacery raczej rano - jeśli nie mam lekcji, to właśnie poranki wydają mi się idealnie spacerową porą. Ludzi jeszcze niedużo, słońce jeszcze nie praży, a tylko przyjemnie grzeje. Ci, którzy lądują w parkach koło dziewiątej rano, to ci, którzy mają czas - na madżonga, na spacer z dzieckiem, na próbę zespołu opery pekińskiej, na niekończące się ćwiczenia taichi...
Któregoś poranka wstałam jak zwykle, jednak gdy otworzyłam okno, by przewietrzyć pokoje, odkryłam, że powietrze pachnie inaczej - zimowo. To już nie jest zapach jesiennego słońca, tylko mroku i tej dziwnej rześkości. Zamknęłam okno czym prędzej, obiecując sobie, że je otworzę, gdy tylko wyjdzie słońce. A czekać trzeba było na to, bagatela, do dziewiątej! Mnie się też jakoś nie spieszyło do niczego: Tajfuniątko ładnie spało, a ja wolałam paradować po domu w seksownej misiowatej piżamie (prezent od męża!), z wielgachnym kubkiem kawy, niż się pozbierać i zmusić do spaceru. Poszłyśmy więc na ten spacer dopiero po południu; właśnie wtedy zaatakowała nas złota kunmińska jesień.

Popołudniami również można tu ujrzeć staruszków umilających sobie czas grą na rozmaitych instrumentach, śpiewem czy ćwiczeniami. Pamiętajcie, jeśli być emerytem to tylko w Kunmingu!

Klony, platany, młode miłorzęby i cała reszta pięknych drzew dostarczyły nam jesiennej feerii barw:



Tym, za co jednak naj naj naj najbardziej kocham Kunming u progu zimy jest fakt, że właśnie wtedy zaczynają kwitnąć kamelie, azalie i magnolie. To wspaniałe uczucie gdy Mama pokazuje mi ośnieżone dachy, a ja mam dla Niej w zanadrzu świeże kwiecie.
Taki jesienny Kunming da się lubić!

2017-11-21

pokaz herbaciany z wykładem

Na początku była herbata. Kurs tradycyjnego parzenia herbaty połączony z mozolnym zdobywaniem herbacianej wiedzy. Potem - praca w herbaciarni. Takiej prawdziwej, chińskiej. Później - wykłady i pokazy herbaciane dla Instytutów Konfucjusza, dla prywatnych ludzi, dla przyjaciół. A jeszcze później przyszły zaproszenia z kunmińskich uniwersytetów, bym wprowadzała w herbaciane meandry innych Obcych.
Każde takie zaproszenie to wielki stres. Przypominanie sobie specjalistycznych słówek po angielsku, ćwiczenie, by się zmieścić w wyznaczonym czasie. Ach, tak mi zimno, ale jednocześnie mam spocone dłonie, dlaczego?
Każde takie zaproszenie to również ogromna satysfakcja. Uśmiechy na twarzach uczniów, pełne podziwu spojrzenia obserwujących Chińczyków, zawsze niepowtarzalny aromat i smak herbat, które dla nich przyrządzę.
Jeśli kiedyś będę bogata, otworzę maleńką herbaciarnię, w której będę sprzedawać tylko te herbaty, które lubię. I w której będzie można ze mną usiąść, zaparzać kolejne czajniczki herbat i prowadzić niekończące się dyskusje na temat wyższości świeżych wulongów nad pięcioletnimi herbatami białymi. Och, jaka będę szczęśliwa!