blog azjofilski 亞洲迷的部落格

Moje zdjęcie
Kunming, Yunnan, China
Blog o Azji. Blog o Chinach. Blog o chińskiej kuchni. Blog o Yunnanie. Blog o Kunmingu. Blog o mnie. Można by tak długo... Przygodę z Azją zaczęłam w 2004 roku. Jakiś czas później wpadłam na to, żeby zacząć zaklinać czas blogiem. Jest tu o ludziach, miejscach, kuchni, muzyce, są ciekawostki językowe i moje przygody. Nie zawsze za to pojawiają się polskie znaki, za co serdecznie przepraszam wszystkich Czytelników. 這裡我把我愛的, 我討厭的, 我感興趣的, 跟亞洲有關係的事情寫下來. 希望能幫你們消磨時間 ^.^

2017-10-17

karta roczna

Wiele bym dała, by ktoś lepiej zorientowany podczas mojego pierwszego roku w Kunmingu powiedział mi, że istnieje coś takiego, jak roczna karta wstępu do kunmińskich parków. Karta upoważnia do wielokrotnego wejścia do kilku najbardziej znanych parków miejskich i okołomiejskich, a jej cena jest niższa niż suma biletów wstępu kupowanych osobno. Można ją kupić m.in. przed głównym wejściem do kunmińskiego Zoo, mieszczącego się na Górze Yuantong, w samym centrum Kunmingu. Obecnie kosztuje 150 yuanów. Żeby ją wyrobić, trzeba przynieść dwa podpisane zdjęcia do dokumentów, kopię strony paszportu z danymi personalnymi oraz sam paszport do wglądu i gotówkę. Po siedmiu dniach roboczych karta jest do odbioru, ale za okazaniem kwitka, który Wam wydadzą po przyjęciu dokumentów, można od razu wchodzić do tych wszystkich parków. Których konkretnie?
Z racji konieczności wybiegiwania Tajfuniątka, karta zwraca się nam jakoś po niecałym miesiącu. Polecam każdemu, kto w Kunmingu jest na dłużej niż parę dni.

2017-10-14

azjatyckie jabłuszka 花红

Świekra przyniosła minijabłka. To znaczy: upierała się, że to nie jabłka, tylko huahongi ("kwiaty czerwone"), ale ja wiem swoje. Ale choćbym tysiąc razy mówiła, że malus to jabłko i tylko reszta się zmienia, świekra nie uwierzy. Wy uwierzcie. Pochodząca z Chin Malus asiatica wydaje na świat maleńkie jabłuszka, które w różnych częściach Chin różnie się nazywa - kwiaty czerwone, piaskowy owoc, owoc kawalerów z lasu mądrości, owoc mądrości itd. Nie dość, że jabłuszka są pyszne, to jeszcze idealne dla Tajfuniątka: akurat się mieszczą w małych łapkach i mają odpowiednią wielkość do samodzielnego pogryzania. Zobaczcie sami - oto porównanie wielkości jabłuszek ze zwykłą gruszką:
Dlaczego jednak jabłuszka nazywają się Kwieciem Czerwonym?
Za czasów dynastii Qing żył pewien urzędnik o nazwisku Wu, który dochrapawszy się stanowiska w stolicy, czem prędzej sprowadził tak swą starą matkę. Pech chciał, że matka tuż po przyjeździe zachorowała na czerwonkę. Żaden z dostępnych w stolicy lekarzy nie potrafił jej wykurować. Gdy śmierć wydawała się już nieunikniona, umierająca matka zażyczyła sobie powrotu w rodzinne strony. Rad nierad dobry syn wysłał więc staruszkę do rodzinnego Lai'anu, znalazłszy jej wprzódy towarzyszkę, wiejskie dziewczę o imieniu Kwiaty Czerwone. Miała ona dobre serce i z wielką czułością opiekowała się chorą. Widząc, że ta nie ma apetytu, udała się na pobliskie targowisko i kupiła "owoce mądrości", które miały zaostrzyć chorej apetyt. Jak się okazało, owoce bardzo przypadły staruszce do gustu - im więcej ich jadła, tym bardziej jej smakowały te słodkokwaśne cudeńka. Po trzech dniach takiej owocowej diety staruszka zaczęła wracać do zdrowia, i to bez żadnego dodatkowego leczenia! Wrócił jej apetyt, wróciły rumieńce - matka naszego urzędnika wyzdrowiała! 
Niedługo potem jego syn przywiózł do stolicy osiemdziesiąt jinów tych owoców w darze dla cesarza. Gdy cesarz pierwszy raz w życiu zobaczył nasze jabłuszka, zachwycił go ich podobny wończy aromat i piękny kolor. Zakrzyknął  w głos: czerwone jak kwiaty! Urzędnik Wu natychmiast przypomniał sobie, że dziewczę, dzięki któremu poznał ten owoc zwało się Kwiaty Czerwone, odpowiedział więc cesarzowi: ten owoc nazywa się właśnie Kwiaty Czerwone. I tak już zostało.

2017-10-12

zęby

Tajfuniątko ząbkuje. Gdy nie mogę spać, bo dziecię na zmianę kwili, mlaszcze, płacze i podsypia, muszę się zająć czymś sensownym. Na przykład mogę się nauczyć, jakie zęby mają Chińczycy.
Po pierwsze: istnieją dwa znaki na zęby: 牙 yá i 齿/齒 chǐ. We współczesnym chińskim zęby ogólnie to zbitka ich obu: 牙齿/牙齒 yáchǐ; gdy szczegółowo chcemy dany ząb opisać, rozbijamy je na części. I tak:
门齿 mén​chǐ - zęby drzwiowe - siekacze. Dla ułatwienia: dosłownie "siekające zęby" 切牙 qiē​yá też mają ;)
犬齿 quǎn​chǐ - zęby psie - kły - nazywane również zębami tygrysa 虎牙 hǔ​yá albo szpiczastymi zębami 尖牙 jiān​yá.
臼齿 jiù​chǐ - zęby moździerzowe dzielące się na
  • 前臼齿 qián​jiù​chǐ - zęby przedmoździerzowe czyli przedtrzonowe i
  • 大臼齿 dà​jiù​chǐ wielkomoździerzowe czyli trzonowe, inaczej zwane 磨牙/磨齿 mó​yá/​móchǐ miażdżącymi zębami.

Zęby dzielą się też według innego klucza. Te pierwsze to tak samo jak u nas mleczne - 乳牙 rǔ​yá; stałe też podobnie - 恒牙 héng​yá, a sztuczna szczęka to oczywiście fałszywe zęby 假牙 jiǎ​yá.
Zęby mądrości Chińczycy zowią tak samo - 智牙/智齿 zhì​yá/zhì​chǐ​.
Górne i dolne nazywają się tak jak u nas - 上齿 shàng​chǐ i 下齿 xià​chǐ.
Gdy zaś są śnieżnobiałe, opisujemy je jako zęby muszlowe: 贝齿 bèi​chǐ. Mam nadzieję, że chodzi o macicę perłową ;) Można je również nazwać 皓齿 hào​chǐ zębami jasnymi/błyszczącymi.
A dla Was do poćwiczenia - zęby w odsłonie tradycyjnej i uproszczonej:

2017-10-07

słodliwka czyli król longanów 龙贡

Szwagierka z delegacji przywiozła gościniec. Delegacja była do Xishuangbanna, moich ukochanych południowoyunnańskich tropików, więc wśród specjałów znalazło się oczywiście pyszne pomelo, smocze owoce czyli pitaya, a także... No właśnie, co to takiego? Wygląda trochę podobnie do longana, ale w środku jest zupełnie inne: małe cząsteczki jak w smaczelinie, a nie miąższ wokół jednej pestki jak w longanie. Cóż to takiego?

Szwagierka mówi, że tubylcy mówili na ten owoc "król longanów" 龙眼王, ale pod takim mianem ciężko ten owoc znaleźć. Błogosławiony internet! Dzięki niemu dowiaduję się, że owoc ma nawet polską nazwę, bardzo zresztą apetyczną, o kilku (!) chińskich nawet nie wspominając - na kontynencie, na Tajwanie i w Hongkongu mówi się na ten owoc zupełnie inaczej. Słodliwki pochodzą z Azji Południowo-Wschodniej i są uprawiane właśnie ze względu na pyszne owoce, które rosną w kiściach. Mają pestki podobne pestkom mandarynek, które są otoczone przezroczystobiałą osnówką, podobną w smaku do smaczeliny, ale chyba nie aż tak pyszną. Owocki takie można spożywać na surowo albo jako przetwory (głównie owoce w syropie). Jednak nie na tym koniec. Pożyteczne są nie tylko owoce, ale i drewno, które jest twarde, ciężkie i wytrzymałe - na wsiach często używane jako budulec. W dodatku niektóre części rośliny mają właściwości lecznicze: gorzkie pestki to lek na odrobaczenie, kora jest świetna jako lekarstwo na czerwonkę i malarię, a w dodatku leczy użądlenia skorpnionów To akurat jest bardzo przydatne, ponieważ skorpiony podobno bardzo nasze owocki lubią i czają się w pobliżu drzew, a czasem podobno i na kiściach! Trzeba więc bardzo uważać podczas zbiorów.
Jeśli będziecie w Tajlandii bądź innych krajach Azji Południowo-Wschodniej w sezonie, koniecznie spróbujcie słodliwki!

2017-10-06

aromat Bangkoku

Lubię podróżować w stylu "slow". Czyli jechać gdzieś na dłużej i wtopić się w jakieś miejsce, uczyć się o nim, obserwować, rozmawiać z ludźmi. Lubię mieć na nowe miejsce czas. Lubię miejsca, które niekoniecznie są bardzo turystyczne.
Do Bangkoku pojechaliśmy "w drodze" do Polski, na trzy dni. Jak się nie ma, co się lubi, to i trzy dni w tym ogromnym turystycznym molochu wystarczą. To znaczy - nie wystarczą, absolutnie! Na pewno tam wrócę! Ale wystarczyły, bym Bangkok pokochała z całego serca. Nie lubię dużych miast, drażnią mnie korki, nienawidzę tłoku i smogu. A jednak Bangkok mnie uwiódł. Po części dlatego, że jest wspaniały, po części za sprawą lokalnej przewodniczki, mojej koleżanki z klasy, z czasów studiów w Chinach. To Piękna Cnota sprawiła, że wszystko było proste - żadnego wykłócania się o ceny, żadnych problemów z dogadaniem się, szybkie i bezbolesne przemieszczanie się po tym molochu.
Już sam początek był dobry: PC nas odebrała z lotniska i wsadziła w szybką kolejkę, która w pół godzinki dowiozła nas prosto do centrum. Wysiedliśmy na przedostatnim przystanku, ponieważ z niego to już można było w 10 minut na piechotę się dostać do naszego hotelu. To znaczy - można by było, gdybyśmy nie byli objuczeni jak wielbłądy walizkami, plecakami i jeszcze Joasią. Doszliśmy raczej w 20 minut, mokrzuteńcy i mocno głodni. I znów - gdyby nie autochtonka, błąkalibyśmy się po okolicy, niekoniecznie znajdując coś, co nam zasmakuje. Tymczasem PC tylko usłyszała hasło "owoce morza" i w dziesięć minut zabrała nas do... chińskiej knajpy. To znaczy tajskiej oczywiście, ale położonej w części zamieszkałej przez Tajów chińskiego pochodzenia. Wszyscy kelnerzy biegle mówili po chińsku - i słychać było, że dla nich nie jest to język wyuczony, a ojczysty.
Zamówiliśmy najrozmaitsze owoce morza - i wszystkie były takie pyszne! Co jednak najlepsze - choć knajpa raczej z tych mało wykwintnych, choć o menu dziecięcym nikt tu nawet nie słyszał, to okazało się, że sztandarowe danie z krewetkami tygrysimi zostało ulubionym daniem Tajfuniątka. Wmłóciła tyle, że dla mnie właściwie nie starczyło, o ZB nawet nie wspominając, bo on przecież jest od obierania skorupek, a nie od kłapania szczęką, prawda? Całe szczęście zamówiliśmy tyle innych dań, że wszyscy się najedli.
Przyznam szczerze, że tego pierwszego wieczoru nie bardzo koncentrowałam się na obserwacjach. Stragany z cudnymi owocami oraz świeżymi sokami (jaka szkoda, że zawsze z dodatkiem cukru!) owszem, wpadały w oczy, ale - i tak trzeba było już wracać do hotelu. Zmęczenie, śpiące Tajfuniątko - no i przede wszystkim świadomość, że trzeba wcześnie wstać, żeby ze wszystkim zdążyć!
W czasie kolacji rozmawiałyśmy m.in. o naszych dawnych kolegach z klasy. PC z uśmiechem przyjrzała się kelnerowi, który wyglądał jak Chińczyk, choć mimikę miał tajską, a po chińsku mówił jak po swojemu. "Wiesz, A-Bao, nasz klasowy wójt, właśnie stąd pochodził. Oboje rodzice byli z Kunmingu, a on od dziecka mówił z rodzicami po kunmińsku, a z innymi Tajami chińskiego pochodzenia w tutejszym, cokolwiek wykoślawionym mandaryńskim. Opowiadał kiedyś, że gdy poszedł do szkoły, w sposób zupełnie naturalny zaprzyjaźnił się przede wszystkim z innymi "Chińczykami". Oczywiście między sobą gadali po chińsku, co straszliwie denerwowało nauczycieli, którzy oczywiście wymagali posługiwania się w szkole tajskim. Kiedy jednak nauczyciel się złościł, każdy uczeń uważał to za bardzo niesprawiedliwe - bo przecież nie sposób po wielu latach posługiwania się wyłącznie chińskim nagle przejść na tajski i gadać po tajsku nawet z chińskojęzycznymi przyjaciółmi...".
No tak. To cierpienie doskonale sobie odbił podczas studiów w Kunmingu, gdzie studiował jako Taj, razem z innymi obcokrajowcami, choć mógłby doskonale poradzić sobie w grupie dla Chińczyków. Tymczasem część nauczycieli podczas zajęć mówiła głównie do niego, kompletnie nie przejmując się tym, czy reszta klasy aby rozumie, o czym w ogóle jest lekcja. A-Bao rozumie, czyli śmigamy z materiałem dalej. Ech.
Wspomnienie A-Bao nie zepsuło mi posiłku; był na to zbyt dobry. No właśnie - skoro wylądowaliśmy w knajpie prowadzonej przez "Chińczyków", to jakie podali nam żarcie?
Tajskie, oczywiście! Dwa typy zupy tom yam z pyszną zawartością (ta niepomarańczowa była genialna!), gotowane muszle, krewetki, nawet smażony ryż był pyszny (i zupełnie niechiński!). 
To był bardzo, bardzo dobry początek wycieczki do Bangkoku. A Wam serdecznie polecam chińskie tajskie żarcie - jest pyszne, świeżusieńkie i takie tanie!

2017-10-04

owoce

Częstym podarkiem w te dni są nie ciasteczka księżycowe, a owoce. Wiecie jakie? Oczywiście te, które wyglądem najbardziej przypominają księżyc w pełni. Czyli...
...pomelo (oraz inne cytrusy, ale zdecydowanie rzadziej) i granaty.
Wszystkiego najlepszego z okazji Święta Środka Jesieni!

2017-09-30

ogórek nadziewany

W pewnej szanghajskiej knajpie zobaczyłam to danie w menu i się zakochałam. Ogórek był wystylizowany na bambus - tak pokrojony i ułożony, że mógłby robić za wzór dla kaligrafów. Zamówiłam.
W rzeczywistości kucharz się aż tak nie postarał; kawałki ogórka były po prostu położone obok siebie. Ale, choć mniej efektowne, danie to jest nadal przepyszne. Zwłaszcza, że ilość opcji jest w zasadzie nieograniczona.

Składniki:
  • gruby ogórek
  • kopiasta łyżka drobno posiekanej marchewki/papryki
  • kopiasta łyżka drobno posiekanego jajka na twardo/szynki
  • łyżka sosu ostrygowego
Wykonanie:
  1. Dokładnie wyszorować ogórek, pociąć go na niezbyt długie kawałki. Następnie powycinać z niego trochę miąższu tak, by powstały "łódeczki".
  2. Marchewkę wymieszać z jajkiem i sosem ostrygowym.
  3. Tak przygotowanym farszem napełnić ogórkowe łódeczki.

2017-09-29

10 naj Yunnanu

W ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie dzielimy się tym, co w naszych krajach uważamy za NAJ. Jako, że o chińskich NAJ większość czytelników już coś wie, a także dlatego, że jestem patriotką lokalną, dziś będzie oczywiście o NAJ Yunnanu.







źródło
Najwyższe góry to oczywiście Ośnieżone Góry Wśród Śliw Meili xueshan 梅里雪山. Najwyższy szczyt znajduje się na wysokości 6740 m.n.p.m. i zwie się Kawagarbo 卡瓦格博. Nazwa to jednocześnie imię tybetańskiego bóstwa wojny, który ponoć właśnie tu ma swą siedzibę - dlatego góra wśród Tybetańczyków uchodzi za świętą. Ponoć bóg ten opuści Tybetańczyków, jeśli święte miejsce zostanie zbezczeszczone. Ilekroć więc rozmaici himalaiści podejmowali próby zdobycia któregoś szczytu, Tybetańczycy ostro protestowali. Być może właśnie nieprzyjazne usposobienie tego bóstwa powoduje, że dotychczas żadnej ekspedycji nie udało się zdobyć większości tych szczytów? Bo fakt faktem, kolejne ekspedycje kończyły się porażką albo wręcz wielkimi nieszczęściami (w trakcie ekspedycji w 1991 roku zginęło 17 uczestników wyprawy). W 2001 roku władze oficjalnie zakazały naruszania spokoju tych świętych terenów.

Najgłębszy wąwóz to Wąwóz Skaczącego Tygrysa Hutiaoxia 虎跳峡. Jego dnem płynie rzeka Jangcy, która w górnym biegu zwie się Rzeką Złotego Piasku 金沙江. Różnica wysokości między dnem wąwozu a szczytami okalających go gór sięga nawet 3790 metrów! Okolice są zamieszkałe przez lud Naxi, który całe szczęście nie uważa, by mieszkało tu jakieś nieprzyjazne bóstwo, w związku z czym wewnątrz wąwozu znajduje się kilka tras trekingowych i wiele przyjaznych hosteli/schronisk. Powiem szczerze, że obserwowanie rwącego nurtu w pięknym kanonie to jedno z moich najpiękniejszych yunnańskich wspomnień.

Największy i najstarszy park narodowy to oczywiście Park Narodowy Potatso o imponującej powierzchni 1300 km2. Piękne ukształtowanie terenu, krystalicznie czyste jeziora, bogata flora i fauna (wspomnę chociażby o cisie Wallicha oraz żurawiu czarnoszyim). a także dobrze zrobione trasy wycieczkowe sprawiają, że dość wysoka opłata za bilet wstępu wydaje się mimo wszystko sensowną inwestycją. Więcej o nim pisałam tutaj.


Najbardziej znana potrawa to bez wątpienia Kluski-Przechodzące-Przez-Most guoqiao mixian 过桥米线. Jest to w zasadzie rosół, jednak bardziej niż skład, oczywiście trochę inny niż skład polskiego rosołu, liczy się sposób podania. Gdy bowiem zamówimy to danie, dostaniemy wszystko podane osobno: w wielkiej misce wrzący rosół, na małych talerzykach rozmaity wsad: od cieniusieńkich plasterków surowego mięsa przez kwiaty, jajka przepiórcze a także wielką obfitość tutejszych warzyw; do tego jeszcze makaron ryżowy zwany misienami - trzeba wiedzieć, co w jakiej kolejności wrzucać do rosołku, by uzyskać upragniony efekt. Nazwa potrawy i sposób podania wiąże się z piękną legendą.

źródło
Najmniej liczna grupa etniczna to Drungowie, liczący sobie zaledwie 6-7 tysięcy ludzi. Niestety, nie miałam do tej pory okazji ujrzeć ich na żywo ani podziwiać pięknych tatuaży na twarzach staruszek (obecnie młodych dziewcząt już się tak nie tatuuje). Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś pojechać w region, w którym żyją - północny Yunnan, na pograniczu z Birmą. Żyje tam jeszcze całkiem sporo grup etnicznych Yunnanu, o kulturze tak różnej od tej ogólnochińskiej! Zresztą - Yunnan zamieszkuje 26 grup etnicznych (jeśli liczyć tylko te oficjalne), więc pod względem różnorodności kulturowej nie mamy na co narzekać.





źródło
Najdłuższy dwuwiersz to dwuwiersz Sun Ranwenga, opisujący piękny, rozpościerający się z Budynku Wielkiego Widoku, widok na Jezioro Dian i Zachodnie Góry. Tu trzeba powiedzieć, że ze względu na specyfikę języka chińskiego, w którym jeden znak to jedno słowo, a także ze względu na mnogość zasad, których podczas pisania dwuwierszy trzeba przestrzegać, stworzenie dwuwiersza na 180 znaków to nie byle co - zwłaszcza biorąc pod uwagę, że większość chińskich dwuwierszy liczy 8-14 znaków. Wprawdzie w dwudziestym wieku stworzono dłuższe dwuwiersze, ale ciiii! Nie będziemy o tym mówić, bo przecież liczy się tradycja ;) O dwuwierszu jako o formie poetyckiej pisałam już tutaj.



źródło
Najstarsza kolej to wybudowana przez... Francuzów kolej łącząca Yunnan z... Wietnamem, a konkretnie Kunming z Haifongiem - czyli kolej yunnańsko-tonkińska. Powstała w latach 1903-1910 ponad osiemsetkilometrowa trasa, zgodnie z retoryką chińską, miała służyć głównie temu, żeby Francuzom się w Chinach lepiej kradło robiło interesy. Nie da się jednak zaprzeczyć, że wybudowanie tej kolei w czasach, w których właściwie nie istniały w Yunnanie ogólnodostępne drogi i prowincja była raczej dzika i niedostępna, spowodowało nagłe przeniesienie regionu w XX wiek i wielki rozkwit prowincji.

Najpiękniejsze pismo to pismo Tomba/Dongba, używane przez lud Naxi. Powstało najprawdopodobniej około VII wieku, a w X wieku było w powszechnym użyciu. Niestety, po dojściu komunistów do władzy, niechętnie patrzono na wszelkie przejawy odrębności mniejszości etnicznych i dziś to pismo jest w zasadzie już tylko ciekawostką, choć od jakiegoś czasu władze centralne udają, że wspierają odbudowę kultur etnicznych, które sami zniszczyli. Pierwotnie mające znaczenie rytualne pismo trafiło pod strzechy - Lijiang i okolice są nim całe zapisane - pojawia się na ścianach budynków, w nazwach ulic, na breloczkach i innych drobiazgach kupowanych przez turystów. Można też kupić słowniczki dongba-chińsko-angielskie.

Najsłynniejszy las to Kamienny Las Shilin 石林. Są to piękne formacje wapienne liczące sobie ponad 270 milionów lat, zajmujące powierzchnię ponad 500 km2. Skały dają pole wyobraźni: niektóre wyglądają jak zastygli ludzie, niektóre jak zwierzęta (przysięgłabym, że widziałam słonia!); nawet najdłuższy spacer tym nietypowym "lasem" się nie nudzi. Od 2007 roku dwie partie Kamiennego Lasu znajdują się na liście UNESCO, niestety powodując wywindowanie cen biletów w kosmos. Ale - warto!

Najgłębsze jezioro to Jezioro Pieszczenia Nieśmiertelnych Fuxianhu 抚仙湖 - średnia głębokość to 95.2 metry, a w najgłębszym miejscu ma aż 158.9 metrów. W dodatku woda jest ponadprzeciętnie czysta, żyją w niej endemiczne gatunki ryb, a do tego na dnie jeziora znajdują się ruiny jednej z dawnych stolic Yunnanu, z czasów, gdy było tu samodzielne państwo. Więcej o tym przepięknym jeziorze pisałam tutaj.


I co? Które NAJ Yunnanu jest według Was tym naj-naj-NAJem? :)
PS. Jeśli chcecie poznać NAJ innych krajów, śledźcie rozwój projektu tutaj.

2017-09-28

Duplessy & The Violins of the World

Jestem opóźniona muzycznie. Odkąd mam Tajfuniątko, dom dużo wcześniej milknie. W dodatku - wtedy, kiedy wreszcie mam czas = Tajfuniątko śpi. A jak śpi, to trzeba zachowywać względną ciszę. Mamy za małe mieszkanie, by wtedy słuchać muzyki tak, jak się jej powinno słuchać.
Dlatego dopiero parę miesięcy temu zetknęłam się z projektem Mathiasa Duplessy, który zaprosił do współpracy wiolinistów z różnych stron świata i pojechał po bandzie. Ich kawałki są zabawne, świetnie zagrane, pełne miłości do muzyki. Dla mnie są dowodem na to, że dialog międzykulturowy zawsze wnosi w nasze życie nową jakość. Słucham ich więc przy kawie, w czasie podróży, gdy Tajfuniątko bryka i gdy gotuję ryż nasz powszedni.
Posłuchajcie i Wy.

2017-09-25

Most Jiaosan 交三桥

Dziś blogerzy językowo-kulturowi w ramach akcji W 80 blogów dookoła świata piszą o czarnych wołgach, ufoludkach i upiorach wychodzących z telewizorów. O legendach miejskich znaczy. Jako, że Chińczycy to naród dość zabobonny, a w dodatku fałszywe informacje rozprzestrzeniają się tu z prędkością światła, zwłaszcza te wywołujące dreszczyk grozy - i ja bez trudu znalazłam przykład. Nie jakieś nudne "jeśli zakochana para wejdzie razem na Zachodnie Góry, to się rozstanie", choć jest to bodaj najczęściej powtarzana przez młodzież bzdura legenda miejska Kunmingu. Dziś mam dla Was prawdziwie piękny smaczek.
Jest otóż w obrębie centrum Most Jiaosan czyli, w wolnym tłumaczeniu, Most Wymiany Trójki. Do nazwy zaraz wrócimy, bo też ciekawa. Przez ten most przejeżdżają wszystkie karawany w mieście, bez względu na to, czy im po drodze - przecież współczesny Kunming jest dość duży, a i cmentarzy w nim kilka, więc nie zawsze trasa przez nasz most jest najwygodniejsza. Dlaczego więc wszystkie karawany jadą akurat tamtędy?
źródło
W dawnym Kunmingu most ten zwał się trochę inaczej: Most Jiaosang 交丧桥 czyli dosłownie Most Wymiany Pogrzebu, a dokładniej: most wymiany konduktu pogrzebowego. Kiedy bowiem procesja pogrzebowa dotarła do tego mostu, ciężar przetransportowania nieboszczyka w pobliskie góry, gdzie znajdował się ówczesny kunmiński cmentarz, brali na siebie zawodowcy. Ponoć w tym miejscu nakładały się też trzy światy: niebo reprezentowane przez bogów i nieśmiertelnych, świat ludzi oraz ziemia reprezentowana przez duchy i inne złe siły. Chcąc odesłać duszę zmarłego, by nie błąkała się po naszym, ludzkim świecie, trzeba było przejść przez nasz most. Dlatego też panicznie obawiano się awarii samochodu czy, w dawnych czasach, lektyki przed przejściem przez Most Wymiany. Oznaczała ona, że duch nie ma najmniejszego zamiaru odchodzić...
Wracając do nazwy: ponieważ Chińczycy są przesądni, niechętnie wymawiają słowa związane z chorobami czy śmiercią. A że pogrzeb sang 丧 i cyfra trzy san 三 jest w dialekcie kunmińskim wymawiana identycznie (dla kunmińczyków zbitka "ng", czyli spółgłoska nosowa tylnojęzykowo-miękkopodniebienna, nie istnieje), chętnie zastąpiono pogrzeb trójką, by nazwa była mniej złowieszcza.
Okolice tego mostu działają chyba kunmińczykom na wyobraźnię, ponieważ doszukałam się i drugiej legendy na jego temat. Od zawsze chętnie budowały tu swe siedziby rozmaite banki. Dlaczego? Zgodnie z fengshui miasta, ta jego część to żywioł metalu. A skoro żywioł metalu, to znaczy, że żadna związana z forsą instytucja tutaj nie splajtuje. Faktycznie, dziś w okolicy są siedziby bodaj z sześciu banków oraz paru towarzystw ubezpieczeniowych i na razie nic nie zapowiada ich upadku ;)
Linki do wpisów pozostałych blogerów znajdziecie poniżej:
Irlandia: W Krainie Deszczowców - Irlandzkie legendy miejskie
Japonia: japonia-info.pl - Japońskie urban legends, cz. 3
Kirgistan: Enesaj.pl - Miejskie legendy od Stambułu do Barnaułu
Norwegia: Norwegolozka.com – Tajemniczy gość z Północy
Rosja: Daj Słowo - Tajemnice energii, czyli moskiewskie legendy miejskie
Szwajcaria: Szwajcarskie Blabliblu - Szwajcarskie legendy miejskie
Szwecja: Szwecjoblog - Szwedzkie legendy miejskie przyprawiające o dreszcze
Wielka Brytania: Język angielski dla każdego - Miejskie legendy w Anglii
Jeśli podoba Wam się akcja i chcielibyście do nas dołączyć, piszcie na adres: blogi.jezykowe1@gmail.com

2017-09-23

wołowina z pigwowcem

W jednej z moich ukochanych kunmińskich knajp, mieszącej się w dawnej księgarni założonej przez Li Gongpu, mam jedno jedyne danie, które ZAWSZE MUSZĘ zamówić. Obojętnie, ile dań poza tym wyląduje na stole, jakaś nieznana siła każe mi domówić jeszcze to. No, nie całkiem nieznana ta siła: po prostu łakomstwo.

Składniki:
  • chuda wołowina drobno pokrojona
  • drobno pokrojony pigwowiec
  • wąskie ostre papryki, czerwona i zielona, pokrojone w krążki
  • sól
  • mąka ziemniaczana
  • sos sojowy
Wykonanie:
  1. Wołowinę polać odrobiną sosu sojowego, posypać odrobiną mąki ziemniaczanej i dobrze wymieszać. Zostawić na minimum kwadrans. W tym czasie przygotować pigwowiec i paprykę.
  2. Rozgrzać tłuszcz, obsmażyć wołowinę i szybko dodać pigwowiec oraz paprykę; smażyć, aż wołowina będzie gotowa - nie wysmażona na rzemień, ale już nie surowa.
  3. Ewentualnie dosolić do smaku.
W polskiej tradycji z pigwowca można zrobić co najwyżej konfitury bądź nalewkę. W Yunnanie chętnie zakwasza się nim rosół na kurczaku oraz południowoyunnańskie dania mięsne. Jest bardzo twardy i kwaśnocierpki, dlatego niektórzy przed smażeniem go krótko obgotowują i odsączają; ja jednak uważam, że pozbawia go to charakteru, więc ten krok omijam.

2017-09-21

kariota parząca 董棕

Kiedyś, dawno temu, podczas zwiedzania Świątyni Yuantong, przyjaciółka zapytała mnie, co to za dziwaczne palmy:
Ponieważ botanik ze mnie jak z koziej d... trąbka, oczywiście nie umiałam udzielić odpowiedzi. Przyjaciółka spojrzała na mnie z wyrzutem i stwierdziła, że sądziła, że się lepiej znam na tym, co rośnie w Kunmingu.
Teraz już mam wytłumaczenie: kariota parząca, bo właśnie tak się nazywa ta dziwaczna palma, nie powinna rosnąć w Kunmingu, a raczej w Indiach i na Sri Lance. Jednak parędziesiąt lat temu Kunming zaczęto wysadzać co bardziej odpornymi na zimno gatunkami palm - i większość się przyjęła, choć rzadko owocują i raczej nie osiągają dużych gabarytów.
Kolejny gatunek zielska odhaczony. Zazwyczaj jednak przedstawiam zielska kulinarne. Hmmm... Właściwie tym razem nie czynię wyjątku, skoro młode pędy karioty można spożywać w sałatce, ze rdzenia pnia sporządza się mączkę sago, a z soku spuszczanego z pnia wyrabia się cukier, alkohol i ocet. :D

2017-09-19

Herbata na dobre rozstanie 好聚好散茶

"Województwo" Lincang na zachodzie Yunnanu, tuż przy granicy z Birmą, jest słynne z bogactwa etnicznego (żyje tam wiele szczepów Miao, Blang, Wa i Lahu), przyrodniczego (dżungla i starodrzew herbaciany) i z herbaty. Jak to w Yunnanie, produkuje się tu przede wszystkim herbaty zielone, czarne i pu'er, przy czym Lincang słynie głównie z czarnej, produkowanej w "starostwie" Fengqing. Jednak nie tylko ze zwykłej czarnej herbaty Fengqing słynie. O wiele bardziej pobudza wyobraźnię tutejsza "herbata rozwodowa" - 离婚茶, czyli inaczej - herbata na dobre rozstanie 好聚好散茶.
W zapomnianej wiosce Shili wszyscy z dziada pradziada parają się gliną. Wiodą życie ciężkie, pracowite i biedne - zamiast sycącego ryżu podstawę wyżywienia stanowią tu gorzkie placuszki z tatarki. Ciężko przekonać przyjezdnych, by tu zostali na dłużej, dlatego ludzie zazwyczaj wiążą się z kimś z okolicy. Wiemy, jak jest. Kobieta, mężczyzna, namiętność i... brak namiętności. Lepiej się rozstać, niż tkwić w związku na siłę. I choć zdarzają się pary, które przy rozstaniu skaczą sobie do gardeł albo po rozstaniu już nigdy nie wspominają imienia Tej Osoby, pary z Shili, ludzie ponoć nieokrzesani i niewykształceni, słyną z bardziej pokojowego rozwiązywania problemu. Nie krzyczą, nie robią awantur, nie wieszają się z rozpaczy i nie skaczą z nożem do gardeł. Wybierają pomyślny dzień i żegnają się z sobą na oczach starszyzny, przy akompaniamencie herbaty. Na taką imprezę zaprasza ta osoba, która jako pierwsza zaproponowała rozstanie. Kogo zaprasza? Krewnych, przyjaciół i wszystkich, którzy powinni być świadkami ceremonii rozstania.
Pałeczkę przejmuje ktoś ze starszyzny. Zaparza "wiosenne pędy", czyli najdelikatniejsze herbaciane listki. A parzy je na trzy sposoby.
Pierwsze parzenie to słodka herbata, zwana też herbatą wspomnień. Bowiem właśnie od słodyczy zaczyna się każdy związek. Nawet teraz, gdy para jest bliska rozstania, warto przypomnieć sobie, jak słodkie były początki.
Drugie parzenie to herbata gorzka. A jest gorzka tak, że usta drętwieją. Bo też takie jest życie, które odbiera kochankom słodycz, zostawiając ich z trudami i goryczą.
Trzecia czarka też jest nazywana "herbatą". Jest to jednak zwykła przegotowana woda. Bo przecież - nasze życie nie jest ani słodkie, ani gorzkie. To, jakie jest, zależy od nas samych. Dla naprawdę zakochanych i czysta źródlana woda jest słodka, dla wrogów zaś ta sama woda będzie gorzką. W małżeństwie była słodycz i gorycz; któż wie, co tym dwojgu przyniesie życie po rozstaniu?
Gdy małżonkowie wypiją po szklance czystej wody, opłuczą się ze słodyczy i goryczy związku; wyczyszczą serca z dawnych zadr i przykrości, ale również - pozbędą się czułości dla tej drugiej osoby. Będą dla siebie przezroczyści, jak ta źródlana woda... 
Fajny zwyczaj, prawda? Tylko... żaden ze znanych mi Yunnańczyków nigdy o nim nie słyszał i twierdzą zgodnie, że to legenda miejska.
I co z tego, że legenda miejska? Myślę, że gdyby kiedyś przyszło mi się rozstać z ZB, wolałabym, żeby przebiegało to "herbacianie" niż z wrzaskiem. Jeśli ta tradycja nie istnieje - to można ją stworzyć :)
PS. Wpis sponsorowany przez piątą rocznicę zawarcia związku małżeńskiego ;)

2017-09-17

Henning Mankell - Chińczyk

Wbrew pozorom, czasem czytam książki nie o Chinach. Na przykład ostatnio o Paddingtonie, takim misiu (wiem, że Tajfuniątko ma dopiero roczek i jeszcze nie czyta Paddingtona, odczepcie się). Z największą przyjemnością sięgnęłam więc po szwedzki kryminał. Jego tytuł to "Chińczyk".
Całe szczęście prawie nigdy nie czytam najpierw recenzji, a dopiero potem książek. Być może zraziłabym się, całkiem niesłusznie, do tej wciągającej lektury. Jak się bowiem później okazało, właśnie to, co mnie się najbardziej w niej podobało, czyli szeroko zakrojone tło wraz z dość dokładnym opisem, który pozwala zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi - przez większość czytelników zostało uznane za nudne. 
Wiecie, skąd się wzięli Chińczycy w Stanach Zjednoczonych? Ja niby znałam, ale dość pobieżnie. Duża część naszej książki barwnie opisuje tę historię. 
Wiecie, co robią Chińczycy w Afryce? Ja trochę wiem, ale teorie spiskowe przedstawione przez autora nie tylko jemu jednemu wpadły do głowy.
Wiecie, jak wygląda życie chińskiego biznesmena? Ja znam paru osobiście. Dlatego opis nie wydaje mi się nudny, a zaskakująco trafny u autora, który nie zajmuje się zawodowo Chinami, a pisaniem kryminałów. 
Jeśli lubicie kryminały, polecam. Jeśli nie przepadacie za bogatymi opisami, tylko chcecie szybkiej akcji, zdecydowanie odradzam. Jeśli lubicie Chiny i chcecie spojrzeć na nie z niesinologicznej strony - zapewne spędzicie z Mankellem miły wieczór albo i dwa.

2017-09-16

lilie z ananasem

Uwielbiam lilie Dawida. W ogóle - kwiaty na talerzu to połączenie piękna i użyteczności, które bardzo do mnie przemawia. A jeszcze lilie są słodkawe, chrupkie i dobrze się komponują z wieloma produktami. Dziś danie, które po raz pierwszy ujrzałam w knajpie urządzonej w starej księgarni.

Składniki:
  • lilie podzielone na płatki
  • pokrojony niedbale ananas
  • kolorowa papryka dla wyglądu
Wykonanie:
Wszystkie składniki usmażyć krótko na niewielkim ogniu.
Inne dania z liliami: klopsy w liliach, lilie smażone z solą.

2017-09-14

Trener chińskich szalotek

Siódma Ciotka nie lubi ZB. Legenda rodzinna głosi, że to dlatego, że ZB podobny jest z urody do ojca, a Siódma Ciotka mojego świekra serdecznie nie znosi. Ja tam sądzę, że to całe nielubienie jest jednak kwestią bardziej charakterologiczną. Ciotka jest dość głośna, bardzo pewna siebie i wszystkowiedząca. No i w związku z tymi trzema cechami jest również głęboko wewnętrznie przekonana, że wszyscy powinni jej słuchać, a to oczywiście działa na ZB jak płachta na byka. Nie podporządkowuje się, więc nie jest lubiany. Ja też się nie podporządkowuję, ale ponieważ robię swoje z uśmiechem na ustach a nie z "ja Ci pokażę!" w oczach, więc mnie Siódma Ciotka uwielbia pasjami. Lubi mnie za to, że kocham herbatę, lubi mnie za uśmiech i za to, że jestem "oswojoną Obcą". Dałabym sobie rękę uciąć, że chwali się koleżankom, że "nawet ta biała, która wyszła za siostrzeńca, uwielbia moją kuchnię".
Fakt. Uwielbiam.
Już nawet nie chodzi o to, że Ciotka popyla codziennie na targ i wszystkie trzy posiłki dziennie są robione od zera, zawsze świeże, nic nie zostawione z wczoraj. Takich gospodarnych gospodyń jest wiele - ja do nich wprawdzie nie należę, ale wiem, że istnieją. W sumie - akurat Ciotka jest już od wielu lat na emeryturze, więc ma czas na takie zabawy; ja znam kobity, które perfekcyjną dystrybucję produktów spożywczych praktykują przy pracy zawodowej i dwójce dzieci. Nie, ja uwielbiam kuchnię Siódmej Ciotki za przetwory.
Wychowałam się w domu zaopatrzonym w Babcię. Odtąd zresztą uważam Babcię za kluczowy składnik udanego dzieciństwa: przytuli, opowie bajkę, gotuje najlepiej na świecie, a w razie anginy będzie niestrudzenie grała z chorym wnuczęciem w pokera na zapałki. No i - robi najlepsze soki i dżemy świata. I marynowane papryki, śliwki i gruszki. W ogóle - wszystko robi najlepsze na świecie. Przecież od tego jest Babcią!
Siódma Ciotka jest babcią dopiero od niecałego roku; Shasha, czyli jej synowa, a moja dobra koleżanka i uczennica przy okazji, powiła córeczkę cztery miesiące po mnie. Jak znalazł! Siódma Ciotka ćwiczy na całego babciowanie. Ponieważ Lot Smoka (tak się zowie syn Siódmej Ciotki) i Shasha mieszkają z dziadkami, babcia nosi wnuczkę, tuli, karmi, przewija, usypia... No, czasem oddaje Shashy, ale nieczęsto. Kiedy jednak oddaje dziecko innym, sama udaje się do kuchni, która poza palnikami i garnkami, zaopatrzona jest w kilka sporych tanzi i uskutecznia zgodne z sezonem przetwory. Śliwki po bajsku, czosnek kiszony z brązowym cukrem, no i moje ukochane chińskie szalotki na słodko-ostro. Nacieszam się tymi przekąskami przy każdej wizycie, dostaję na wynos, a od czasu do czasu Ciotka robi czegoś za dużo i chce mnie jakąś delicją obdarować. Shasha napisała ostatnio do mnie wiadomość, żebym przysłała męża po żarcie. Wysłałam bezzwłocznie, ale jednak zapytałam, jakiego żarcia mogę się spodziewać.
Odpowiedź Shashy mnie nie zdziwiła: rozśmieszyła tak, że tarzałam się po podłodze ładnych parę minut. A trzeba Wam wiedzieć, że mam twarde i nieprzyjazne podłogi.
- Dostaniesz słój trenerów!
Gdy udało mi się wreszcie zaczerpnąć oddech, stwierdziłam, że to na pewno ja coś pokręciłam. Ale nie, czarno na białym: "教头 jiào​tóu - sporting coach / military drill master". Jeszcze lepiej! Nauczyłam się więc, że słówko "trener" znaczyło w dawnych Chinach coś zupełnie innego.
Oczywiście domyśliłam się, co chciała przekazać Shasha. Znów zaatakował ją homofon. Dostanę słoik 藠头 jiàotou, czyli chińskich szalotek. Odpisałam prawidłowo i serdecznie podziękowałam. Shasha wysłała uśmiech i powiedziała, że tego znaku 藠 to od wczesnej podstawówki nie widziała i że bardzo przeprasza, że zapomniała, jak się pisze. Całe szczęście znamy się już tak długo, że nie ma pretensji, kiedy się popisuję chińskim...
 A szalotki były, oczywiście, pyszne!

2017-09-10

Fabienne Verdier - Pasażerka ciszy

Z wypiekami na twarzy przeczytałam książkę pierwszej zachodniej studentki, która uczyła się w Chinach malarstwa tuż po otwarciu Chin na świat. Realia Chin lat osiemdziesiątych nie zaskoczyły mnie - czytałam już o nich wielokrotnie. Ale chyba pierwszy raz zostały mi pokazane tak plastycznie. Autorka ma talent nie tylko malarski.




Jako dwudziestokilkulatka Fabienne pojechała na stypendium do Syczuańskiej Akademii Sztuk Pięknych w Chongqingu (ha! więc jednak Chongqing JEST w Syczuanie ;) ). Nie ograniczała się do okołosowieckich prądów, które narzucali jej wykładowcy; znalazła Mistrza kaligrafii i uczyła się od niego - przełamała zarówno jego niechęć, jak i wybrnęła z zakazów nauczycieli uniwersyteckich. Studia ukończyła, a potem pracowała jeszcze w Chinach w sektorze dyplomatycznym.




Szczerze mówiąc, nie znałam jej dzieł wcześniej. Może to i dobrze - raczej nie zostanę fanką, nie moja bajka. Za to do książki zapewne będę jeszcze wracać. Za wspaniałe charakterystyki słynnych artystów, od Xu Beihonga poczynając. Za obserwacje zwykłych ludzi - hodowców świerszczy czy lekarzy. Za cokolwiek naiwne, ale piękne opisy  rozmaitych grup etnicznych, od moich ukochanych Yi po Tybetańczyków. Za ciekawostki o chińskich artystach z dawnych czasów. 


I za moje nowe motto:
Nigdy nie jest za późno na naukę i nawet jeśli na starość studia nie dają olśniewającego światła, lecz chwiejny płomień świecy, jest on lepszy niż ciemność.
I jeszcze:
Jeśli droga wydaje ci się trudna, to znaczy, że zmierzasz we właściwym kierunku.
A na końcu za porównanie myśli i pragnień do gromady oszalałych małp :)

2017-09-08

grzyby

26 września obchodzony jest Europejski Dzień Języków, ustanowiony z inicjatywy Rady Europy. Dla nas, blogerów językowych i kulturowych, jeden dzień to zdecydowanie za mało, dlatego rozciągnęliśmy obchody na cały miesiąc. Na pewno jesteście już przyzwyczajeni, bo przecież to już nasz III Miesiąc Języków (poprzednich wpisów szukajcie w archiwach wrześniowych z 2015 i 2016 roku). Szczegółowy harmonogram znajdziecie tutaj, a ja serdecznie zachęcam do zapoznania się z postami innych naszych blogerów, w szczególności Uli z Français mon amour, która wczoraj pisała o interpunkcji, Uli piszącej o francuszczyźnie w języku polskim oraz Oli z FRANG, która jutro poczęstuje Was wpisem o polsko-angielskich fałszywych przyjaciołach. Jeśli boicie się, że przegapicie nasze wpisy, zachęcam do śledzenia naszego grupowego fanpejdża.

Powiem szczerze, w tym roku miałam zagwozdkę. Na warsztat miały trafić podobieństwa między Polską a krajem X bądź ich językami. Jest ich sporo. O językowych już trochę pisałam w ramach pierwszego Miesiąca Języków - wpis o chińsko-polskich fałszywych przyjaciołach do dziś jest jednym z najchętniej przez Was czytanych. Z kolei niezawodni fejsbukowi fani podrzucili mi wiele wspaniałych pomysłów: od porównań uwarunkowań społeczno-kulturowych aż po swojskie pierogi. Jednak pewnego dnia, jeszcze podczas pobytu w Polsce, ujrzałam w sklepie... kurki. Grzyby takie, żółciutkie. I temat wymyślił się sam. Chciałam bowiem porównać nie tyle Polskę i Chiny, co Polskę i Yunnan, na którym po prostu się chociaż trochę znam. Chiny są dla mnie za duże. Zawsze, kiedy sobie coś zakoduję, okazuje się, że w innym regionie Chin wygląda to zupełnie inaczej. Dlatego wolę się skupiać na Yunnanie, który kocham i z roku na rok lepiej poznaję. I tak po nitce doszłam do kłębka: to właśnie pod względem grzybiarskim Polska wyróżnia się na tle Europy tak, jak Yunnan wyróżnia się na tle Chin. Choć nie jestem żadnym specjalistą, z drugiej ręki wiem, że w większości krajów europejskich grzybiarstwo nie jest tak popularne jak w Polsce. W niektórych krajach jest zabronione prawnie, w niektórych istnieją duże obostrzenia co do ilości grzybów, które można zebrać, w innych za przywilej zbierania grzybów należy słono zapłacić, a w jeszcze innych ludzie nawet nie wiedzą, że dzikie, leśne grzyby rosnące w każdym lasku, mogą być pysznym daniem*. W Chinach jest trochę inaczej - po prostu w wielu regionach lasy są mocno przetrzebione, a poza tym Chińczycy uprawiają wiele gatunków grzybów i to właśnie te uprawne znajdują się przeważnie na przeciętnym chińskim stole. Na tym tle Yunnan wypada wprost znakomicie - można tu znaleźć około 250 gatunków jadalnych grzybów, w tym kilka gatunków endemicznych. Yunnańczycy chętnie grzyby zbierają, a w sezonie (od czerwca do września) bardzo wiele gatunków dzikich grzybów pojawia się na każdym tutejszym targowisku i w menu wielu restauracji. Niektóre restauracje wprost specjalizują się w grzybach i można w nich spożyć wyłącznie dania zawierające różne gatunki grzybów.
Ja sama grzyby kocham, zarówno w wersji polskiej, jak i chińskiej. Fascynuje mnie, że nawet te same gatunki są zupełnie inaczej wykorzystywane przez Polaków i Yunnańczyków. W Yunnanie nikt nie słyszał o kurkach w śmietanie czy o borowikowym sosie do bitek wołowych; z kolei w Polsce nie jada się świeżych borowików smażonych z szynką, czosnkiem i chilli, trufli z sojowym dipem ani grzybowego huoguo. Sądzę jednak, że tak jak ZB przypadła do gustu prawdziwkowa zupa w chlebie, tak niejednemu Polakowi zasmakowałyby yunnańskie dania grzybowe. Dlatego dziś przygotowałam dla Was mały słowniczek najpopularniejszych grzybów, które znajdziemy i w Polsce, i w Yunnanie plus kilka gatunków grzybów, które w Yunnanie są szalenie popularne i których warto spróbować. Pod niektórymi nazwami kryją się linki do moich wcześniejszych postów na tematy kulinarnogrzybowe.

Borowik szlachetny - 牛肝菌 - grzyb jak krowia wątroba
Maślak - 乳牛肝菌 - grzyb jak mleczna krowia wątroba
Podgrzybek brunatny - 松毛菌 - grzyb sosnowych igieł
Czubajka kania - w Yunnanie występuje jej kuzynka, 鸡枞菌 - grzyb kurza jodła
Gąska zielonka - w Yunnanie występuje jej kuzynka, gąska sosnowa - 松茸
Pieprznik jadalny (kurka) - 鸡油菌 - grzyb jak kurzy tłuszcz
Phallus indusiatus - 竹荪 - (grzyb) pęd bambusa
Chropiatka yunnańska - 干巴菌 - grzyb jak suszona wołowina
Gołąbek zielonawy - 青头菌 - grzyb z zieloną głową
Sarniak dachówkowaty - 虎掌菌 - grzyb jak łapa tygrysa
Smardz - 羊肚菌 - grzyb jak owczy żołądek
Trufla czarnozarodnikowa - 黑松露 - czarna sosnowa rosa.
Na koniec fota z grzybowego targu w Kunmingu:
Mam nadzieję, że uda się Wam (i mnie też, tak zupełnie przy okazji) spróbować tych wszystkich grzybowych cudów. Owocnej jesieni!

*Ciekawy artykuł na ten temat przeczytałam swego czasu tutaj.
W tym roku naszym patronem jest bab.la - słownik online.

2017-09-07

Śliwki rodu Zhao 赵记梅子

Kiedyś już wspominałam, że dalijczycy uwielbiają robić rozmaite pyszności ze śliwek. To, czy te śliwki faktycznie są pyszne, to już kwestia osobistych preferencji, ale - wielu ludzi je uwielbia i pożera kilogramami. Szczególną sławą cieszą się śliwki przyrządzane przez rodzinę Zhao. Od wielu pokoleń posiada ona kramik ze śliwkami i innymi kandyzowanymi owocami w samym centrum Starego Miasta Dali. Dawniej przy każdej wizycie w Dali szło się do nich nabyć jakieś pyszności; teraz, dzięki sprzedaży internetowej, ich biznes bardzo się rozrósł i na taobao można nabyć bardzo wiele wytwarzanych przez nich produktów.
Jak wspominałam, ja akurat tych dość dziwacznych w smaku delicji nie lubię, dlatego z małym entuzjazmem zareagowałam na prezent od jednego z moich tajtajów: paczkę spreparowanej "papai" (czyli wzdętki miechunkowej). Z grzeczności spróbowałam i... zakochałam się. Owoce zostały przyrządzone w tradycyjny dla Kunmingu sposób: na słono-ostro, z chilli! Są przepyszne!
Jeśli traficie kiedyś do Dali, koniecznie wyszukajcie te przyrządzone na pikantnie owoce, palce lizać!

PS. Nie dajcie się zwieść: na opakowaniu napisane jest, że to śliwki (梅子), ale to dlatego, że firma nazywa się Śliwki rodu Zhao; w środku naprawdę jest papaja :)